Jan Nowicki nie żyje!

W wieku 83 lat zmarł Jan Nowicki, jeden z najświetniejszych polskich aktorów teatralnych, filmowych i telewizyjnych, a także reżyser, pedagog, pisarz i poeta. Zagrał w prawie 200 ról,
z których większość zostanie zapamiętana na zawsze. Grał między innymi
w takich filmach jak: „Niepochowany”, „Wielki Szu”, „Magnat”, „Spirala” i „Sanatorium pod Klepsydrą”. A także w jednym z odcinków sławnego serialu „Czterdziestolatek”. Wiele osób pamięta go też jako Ketlinga z serialu „Przygody Pana Michała”. Przez ponad 30 lat był związany
z Narodowym Starym Teatrem w Krakowie. A przez kilka ostatnich lat z Namysłowem. Tu ma swoją ławeczkę, na której w czasie licznych pobytów w Namysłowie chętnie siadał. Do dziś niewiele osób wie, w Namysłowie wziął swój ostatni „tajny” ślub. W Namysłowie odbyła się też premiera jego sztuki „Lwowska tęsknota” z wierszami Mariana Hemara. Przez trzy sezony, z inicjatywy namysłowskiego Oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, oraz w porozumieniu z Janem Nowickim odbywał się u nas konkurs poetycki „Namysłowskie Wieczory Hemarowskie o Nagrodę Jana Nowickiego”. W konkursach brali udział uczniowie namysłowskich szkół, a nagrody i statuetki z dedykacją aktora, wręczał laureatom Jan Nowicki.
O swoich związkach z Namysłowem i o Lwowie, Jan Nowicki opowiedział w wywiadzie, którego udzielił Arkadiuszowi Oleksakowi. Dzisiaj mamy wyjątkową okazję, by go przypomnieć.

O Lwowie i o Namysłowie, z aktorem i twórcą spektaklu – „Lwowska tęsknota” – Janem Nowickim, rozmawia Arkadiusz Oleksak.

Dlaczego właśnie Marian Hemar?

Moje spotkanie z Hemarem było bardzo dziwne. Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu zaproponowała mi przeczytanie jego poezji. Ja w odróżnieniu do Wojtka Młynarskiego czy Mariana Opani, którzy interesują się piosenką i tego rodzaju twórczością, takiego Mariana Hemara wcześniej nie znałem. Po przeczytaniu jego wierszy, przetarłem oczy ze zdumienia. Wiedziałem, że był kiedyś taki twórca, kabareciarz i autor tekstów znanych piosenek. Ale dopiero wtedy przekonałem się, jak niezwykłym jest poetą. To była tylko chwila. Od razu do głowy przyszedł mi pomysł, by nie poprzestać tylko na przeczytaniu tych wierszy. A że mam przyjaciół w Przemyślu, w tym wielu lwowiaków, znam zespół Fidelis, który śpiewa te piosenki, przy różnych okazjach, głównie biesiadnych i piosenki te od zawsze ujmowały mnie takim swoim wdziękiem, melodyjnością i tą niesłychaną miłością do Lwowa – to pomyślałem sobie, aby z tym wystąpić, zebrać Teresę Kuczerę i Janka Nowakowskiego i w najstarszym polskim, amatorskim teatrze „Fredereum”, który istnieje w Przemyślu, chociaż raz pokazać twórczość Hemara. Spotkało się to z niesłychanie przychylnym odbiorem bardzo licznie zgromadzonej widowni. Ni stąd, ni zowąd znalazł się nawet sponsor, który zobowiązał się finansować spektakl, i to nie tylko w kraju. Ale nie jestem człowiekiem, któremu akurat na takim czymś zależy, więc odłożyłem ten projekt na bok.

Jednak po jakimś czasie pomysł wrócił?

Tak. Na naszym występie, był jeden z moich kolegów muzyków, który powiedział mi, że od strony muzycznej jest to bardzo kiepskie, żeby nie powiedzieć żałosne. Na scenie akompaniował mi tylko akordeon. Jeden facet udawał że gra na gitarze, a drugi na klawiszach i na tym koniec. Należało więc to przygotować przede wszystkim od tej właśnie strony. A ponieważ od lat współpracuję z kolegami jazzmanami, min. z Czarkiem Chmielem, to właśnie on zajął się aranżacjami. Mieliśmy wspaniałą wokalistkę Annę Sokołowską z mojego rodzinnego Kowala, Alę Brudzińską i niedawno poznanego Marcina Walkiewicza, i właśnie im powierzyliśmy stronę wokalną. Potem powstał plakat, nasz projekt nazwaliśmy „Lwowska tęsknota” i jeden raz pod tą nazwą wystąpiliśmy. I w zasadzie w Namysłowie, będzie to znowu premiera, ale bez poczucia jakiegoś dalszego ciągu. No chyba, że nam się to bardzo uda i spodoba publiczności. Wtedy nie wykluczone, że będzie ciąg dalszy.

Mam nadzieję, że ten ciąg dalszy jednak nastąpi.

Bardzo bliskie jest mi uczucie do miast, do miejsc, do małych ojczyzn. Dlatego gdy widzę tęsknotę za Lwowem, to cisną mi się łzy do oczu. Wyobrażam sobie nieprawdopodobny dramat tych ludzi, którzy zostali podzieleni, wyrzuceni ze swojego miasta. To coś absolutnie potwornego.

Pojechał Pan kiedyś do Lwowa?

Byłem tam kilkukrotnie. Wiem, że polski duch jest tam ciągle obecny, a jednocześnie jak umierają ślady polskości, jak wygląda Cmentarz Łyczakowski. I te polskie tradycje, bo i kuzyn Hemara – Stanisław Lem, ci wspaniali matematycy i Zbigniew Herbert i Kazimierz Górski i Orlęta. Można tak wymieniać jeszcze długo. A iluż stąd wielkich aktorów i reżyserów… Dlatego wszedłem w to jak w masełko. Po prostu Lwów pokochałem i tyle.

Ktoś kiedyś powiedział, że każdy Polak kocha dwa miasta, to w którym się urodził i Lwów. Myśli Pan, że jest to prawda?

Przyznaję, że jest w tym pewna ponętna myśl. Dlatego, że Lwów ma w sobie coś takiego, że pozwala kochać siebie w sposób szczególny. Lwów kocha się całym sobą, a to miasto odwzajemnia się tym samym. I to nie tylko ludziom, którzy się tam urodzili, chodzili tamtymi ulicami, ale także tym, którzy przyjeżdżają do Lwowa po raz pierwszy. Myślę też, że młodzież, która ma odrobinę oleju w głowie, wrażliwości, serca i poczucia polskości, gdy tam jedzie to też odczuwa, że Lwów pachnie Polską.

Pana przedstawienie, to od ponad trzydziestu lat, gdy w roku 1987, nieodżałowanej pamięci Wojciech Młynarski wyreżyserował swój spektakl „Marian Hemar. Piosenki i wiersze”, pierwsza próba przybliżenia Polakom twórczości Mariana Hemara?

Myślę, że tak. Chociaż nie śledziłem tego tak dokładnie. Ale faktycznie, ten program poświęcony jest w całości twórczości Mariana Hemara, jego tęsknocie do tego swojego ukochanego Lwowa.
I tyle. Myślę, że te teksty, te piosenki, te klimaty, ich przypominanie i śpiewanie jest moim miłym obowiązkiem w stosunku do tych, dla których Lwów jest miastem utraconym, do którego nigdy nie wrócą. Jest tym kawałkiem serca, które im wyrwano, a które ciągle bije dla Lwowa.

Marian Hemar po wojnie pozostał na emigracji. Nigdy do Polski nie wrócił i umarł w Anglii. W swojej powojennej twórczości krytykował jałtańskie postanowienia, które odebrały Polsce prastare Kresy i pisał z nostalgią, tęskniąc za swoim rodzinnym Lwowem. Przez to jego twórczość była w czasach PRL-u zakazana. Starsi powiedzą – nareszcie Hemar powraca. A czy jego twórczość dotrze do młodego pokolenia, które nie pamięta Lwowa i nie zna twórczości Hemara?

Młode pokolenie, to jakby powiedzieć pełna widownia. Dla mnie ona nic nie znaczy. Ja uważam, że tak zwana frekwencja to jest to jedno z największych nieszczęść współczesnego świata. Jak ich jest więcej, to znaczy, że jest mądrzej? To jest kompletna bzdura, czego doświadczamy we współczesnej Polsce. Tu chodzi o to, że jeżeli mamy tu stu młodych, to wystarczy, że to trafi do dwóch serc, a cała reszta nie musi się tego czuć. Ale wtedy warto już to robić. Świat dzieli się na ludzi wrażliwych i mniej wrażliwych. Mądrych i niemądrych. W gruncie rzeczy trzydzieści procent ludzi na tym świecie utrzymuje pozostałe siedemdziesiąt procent, ludzi roszczeniowych i bez wyobraźni. Nie warto więc się nimi zajmować.

Czy ma Pan w swojej bliższej, dalszej rodzinie jakieś kresowe korzenie?

Nie żadnych. Pochodzę z Kujaw, z małego miasteczka, przy którym Namysłów to prawie metropolia. W moim Kowalu mieszka zaledwie trzy i pół tysiąca mieszkańców. Ponoć urodził się tam Kazimierz Wielki. Wszyscy w to wierzą. Więc ja też. To naprawdę małe, ciche miasteczko koło Ciechocinka i Włocławka. Moja rodzina nie miała żadnych związków z Kresami. Ale ci ludzie stamtąd, z którymi człowiek ciągle gdzieś się spotyka, to zawsze ta życzliwość, otwartość, ten śpiewny język i jasne formułowanie sądów. Ujmuje ta pogoda ducha i dobroć. Obojętnie, gdzie się ich spotyka, we Wrocławiu, w Krakowie czy w Namysłowie, to po chwili już wiem, że oni są moi, a ja jestem ich. Ciągle zadaję sobie pytanie – cóż takiego mają w sobie ludzie stamtąd?

Kończąc zapytam jeszcze o pewną rzecz. Namysłowianie Pana zaakceptowali, jest Pan już „pełną gębą” , a w Namysłowie to któryś z kolei Pana pobyt. Czym urzekł Pana Namysłów, bo chyba tak się stało?

Tylko, żeby nie zabrzmiało kurtuazyjnie, bo zazwyczaj gdy ktoś przyjeżdża to zaczyna komplementować gospodarza, bo tak wypada. Powiem to, co już mówiłem w Namysłowie wcześniej. A priori – z góry, wszystko co jest małe kocham. Kocham małe jeziora, cienkie książki, krótkie wiersze i małe miasteczka. Tutaj spotkałem wspaniałych ludzi, zakochanych w swoim mieście.
A przecież ludzie to miasto, a miasto to ludzie. Błogi spokój, zieleń dookoła. No i ten hotel „Zorza”, który śni mi się po nocach. Ja całe życie mieszkałem w hotelach. Żadne Hiltony, Nowotele nie mają tu szans. Sama nazwa – hotel „Zorza”…
Ma dwie gwiazdki i to już ma dla mnie wartości estetyczne. Dwanaście pokoi a nie tysiąc dwieście. To jest jak z filmu „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy. Tu zawsze można sobie zrobić herbatę, jest cukier, niby takie zwykłe rzeczy, ale bardzo ważne. Widać, że zarządza nim człowiek, a nie projekt, który chce tylko zarabiać pieniądze. To jest Namysłów, to robią ludzie stąd. To się dostrzega i za to się kocha.

Dlatego Pan tu wraca?

Wracam i wracać będę. Jeszcze w tym roku się zobaczymy.

Dziękuję za rozmowę.

Ja też dziękuję i jeszcze raz powtórzę – kocham to miasto!